Kwiat Ostróżki, czyli naszyjnik z tanzanitem i brylantami

W 1967 w północnej Tanzanii pewien członek plemienia Masajów natknął się na wystające z ziemi intensywnie niebieskie kryształy. Specjaliści podejrzewali, że odkryto wówczas nowy depozyt szafirów. Jednak po dokładniejszym zbadaniu próbek okazało się, że jest to nieznany dotąd minerał o barwie zbliżonej do szafiru, jednak cechujący się wysokim współczynnikiem pleochroizmu – zjawiska zmiany koloru w zależności od polaryzacji światła przechodzącego przez kryształ, dającego w tym wypadku efekt przemiany barwy niebieskiej w fioletową.

 
To właśnie zdumiewające zjawisko pleochroizmu powoduje, że tanzanit jest wyjątkowym kamieniem, który nadaje biżuterii tajemniczego, a zarazem bajkowego wyrazu. Aby w pełni wykorzystać ten potencjał, przygotowałem projekt naszyjnika w kształcie kwiatu ostróżki. Jest to roślina, która w zależności od rejonu występowania ma albo niebieskie, albo fioletowe płatki. Proces rozpocząłem od przygotowania rysunku, w którym centralny kwiat otoczony jest ogniwami w kształcie liści, okraszonych dodatkowo kamieniami występującymi w centralnej oprawie. Tanzanit do tego projektu został kupiony w kopalni znajdującej się na terenie legendarnego Merelani Hills, gdzie minerał został odkryty. Następnie surowiec przebył długą drogę do Dżajpuru w Indiach, będącego dzisiejszą stolicą szlifierzy kamieni kolorowych. Tam surowe minerały zostały przeistoczone w klejnoty o brylantowych proporcjach, a następnie wysłane do mojej pracowni.

 
Kolejnym etapem było dobranie kompletu brylantów i oprawienie wszystkich kamieni w żółtym złocie. Cały proces od rysunku do gotowego wyrobu zajął kilkanaście tygodni, jednak efekt końcowy przerósł oczekiwania klienta.

Król kolorów

Ponieważ mieni się barwami wszystkich klejnotów, Rzymianie uważali go za najcenniejszy kamień szlachetny. Pisarze porównywali go do galaktyk, sztucznych ogni i wulkanów, a do dzisiaj kojarzony jest z nadzieją, nieskazitelnością i prawdą. Mimo swoich niesamowitych właściwości opal szlachetny został odkryty stosunkowo późno. Pierwsze wzmianki o nim pojawiły się pod koniec istnienia starożytnej Grecji. Jego nazwa pochodzi najprawdopodobniej od sanskryckiego słowa upala oznaczającego cenny kamień.

 

Czytaj dalej Król kolorów

Bajki o biżuterii

Za każdym razem kiedy przeglądam opiniotwórcze blogi na temat jubilerstwa odnoszę nieodparte wrażenie, że treści tam zawarte są jak bardzo popularne fake news, których zadaniem jest wyłącznie generowanie klików. Innymi słowy uważam, że opinie zawarte na takich stronach są pod wpływem silnego lobby niektórych firm, które celowo wprowadzają w błąd nabywcę i tym samym zdzierają z niego skórę więcej na nim zarabiają. Bardzo często stykam się z sytuacją, kiedy dzwoni/pisze do mnie potencjalny klient, całkowicie nieświadomy tego, jak bardzo został zmanipulowany. W związku z tym postanowiłem opisać kilka kłamstw powtarzanych jak mantra w całym jubilerskim internecie.

 

Czytaj dalej Bajki o biżuterii

Lutowanie, odlewanie i spawanie

Gdy oglądamy ręcznie wykonaną biżuterię, rzadko kiedy taki wyrób wykonany jest z jednej, litej bryły metalu. Przeważnie jest to kilka elementów, połączonych następnie w całość. W jaki sposób wiąże się poszczególne części? Używa się do tego lutu – metalu o tym samym kolorze i próbie, jednak zawierającego inne składniki, które obniżają temperaturę topnienia. Niewielką ilość takiego metalu aplikuje się między spasowane elementy biżuterii i podgrzewa palnikiem gazowym do momentu stopienia lutu, który wiąże komponenty ze sobą, jak to widać na zdjęciu powyżej. Proces ten nazywamy lutowaniem.

 

Technika lutowania od tysięcy lat powszechnie jest stosowana przy wyrabianiu biżuterii. Obecnie można kupić przeróżne, gotowe dodatki do sporządzania lutów o dopasowanej topliwości, twardości i kolorze. Metoda ta ma jednak pewne ograniczenia i wady. Na przykład ręcznie wykonana obrączka, która stanowi zagięty i zlutowany pasek metalu, jest najsłabsza w miejscu łączenia. Podczas powiększania rozmiaru nieraz zdarza się, że mimo odpowiedniego przygotowania, potrafi pęknąć w miejscu lutowania. Ponad to lutując skomplikowane konstrukcje można łatwo przegrzać materiał i doprowadzić do stopienia nie tylko lutu, ale też łączonych elementów. Nic dziwnego, że już w starożytności technikę lutowania nieraz zastępowano odlewaniem. Co ciekawe, na przykład w czasach Biblijnych, właśnie tą metodę stosowali Żydzi, którzy do kultu religijnego używali przedmiotów odlewanych ze złota, srebra i miedzi. Przedmioty te były uznawane za święte, ponieważ stanowiły litą całość, w przeciwieństwie do lutowanych, które uznawano za wadliwe i mające skazę.

 

Osobiście jestem przeciwnikiem lutowania. Staram się aby moje wyroby były dobrze przemyślane i zamiast lutować kilkanaście elementów przygotowuję dwa, trzy komponenty starannie wyrzeźbione z litego metalu. Złoto jest pięknym, bardzo wdzięcznym materiałem i wolę opracowywać go pilnikiem zamiast palnikiem. Zwiększa to trwałość końcowego wyrobu i dodaje mu pewnej miary kunsztu. A co z odlewaniem? Z przykrością trzeba stwierdzić, że w dobie obecnej technika ta jest wyzyskiwana przy produkcji masowej i wiele osób kojarzy ją z tandetą. Nic z resztą dziwnego. Wszystkie sklepy z biżuterią, w których ogląda się katalog, wybiera model i za miesiąc przychodzi się po odbiór, bazują na odlewaniu tysięcy sztuk tych samych, powtarzalnych wzorów. Niemniej biżuteria, zaprojektowana i odlana przez artystę, w postaci jednego, niepowtarzalnego egzemplarza, może być dziełem sztuki, a technika ta daje wyjątkowe możliwości tworzenia, zachowując przy tym trwałość wyrobu. Problem w tym, że odlewanie jednej sztuki na potrzeby konkretnego zamówienia generuje spore koszty czasowe i finansowe.

 

Na szczęście w tytule artykułu jest jeszcze jedna metoda, która łączy trwałość odlewu i możliwość opracowywania poszczególnych elementów przed łączeniem – spawanie. Technika ta jest zbliżona do lutowania, tyle, że nie używa się lutu, a jedynie nadtapia punktowo komponenty laserem, lub palnikiem hydrowodorowym w miejscu łączenia. W razie konieczności można też zaaplikować do wiązania odrobinę materiału, z którego zrobiony jest cały wyrób. Wykonana tą metodą obrączka ma jednakową wytrzymałość na całym obwodzie i można bez problemu dokonywać korekty rozmiaru.

 

Chociaż korzystam z wszystkich trzech technik, spawanie jest dla mnie osobiście najciekawszą metodą łączenia metali szlachetnych. Pozwala lepiej czuć materiał i z nim eksperymentować, bez utraty wytrzymałości i jakości łączonych elementów. Może biżuterii wykonywanej w ten sposób nie przybywa świętości, ale daje ona większą satysfakcję jej twórcy i przyszłemu właścicielowi.

Nieśmiertelna klasyka

Nieraz klasyka kojarzy się z czymś pospolitym i opatrzonym. Dla wielu to coś oczywistego, wręcz nadużywanego. Tego typu poglądy powodują, że znacząca część dzisiejszych projektantów odchodzi od klasyki i stara się wyznaczać nowe trendy we wszystkich dziedzinach sztuki. Często wiąże się to z odrzuceniem dziedzictwa wypracowanego przez poprzednie pokolenia. Stopniowo zacierają się granice między tym, co piękne i brzydkie, kunsztowne i kiczowate, cenne i bezwartościowe. Powoduje to pewnego rodzaju szum informacyjny wywołujący dezorientację i swoisty niepokój charakterystyczny dla XXI w.

 

Tego typu tendencje widoczne są nie tylko w sztuce, a ich źródłem jest, tak naprawdę, odrzucanie zasad i wartości, które kiedyś były świętością, a obecnie się je rozwadnia i uważa za staroświeckie. Do czego to doprowadziło? Kiedyś każda biżuteria powstawała w rękach artysty, który tworzył z myślą o ludziach. Dzisiaj chęć zysku spowodowała, że ręce zastąpiono maszyną, rękodzieło – produkcją, a myśl o innych – myślą o sobie. Na każdym kroku stykamy się z masówką, wyzyskiem i bylejakością. Wystarczy popatrzeć na polski rynek jubilerski. Został on po prostu zagarnięty przez trzy duże firmy, z których co najmniej dwie importują większość swojego towaru kontenerami z kraju spod znaku czerwonego smoka. Czasami czuję się, jakbym należał do wymierającego gatunku, nieudolnie walczącego o przetrwanie, bo nawet w międzynarodowych kręgach artystów i rękodzielników dostrzegam przykre tendencje świadczące o utracie tożsamości i negowaniu elementarnych wartości. Powszechny jest egoizm i technokratyczne wycinanie wzornictwa tasakiem – najpierw w “Kadzie” (CAD – rodzaj programu służącego do projektowania trójwymiarowych obiektów na komputerze), a potem laserem w kostce mydła. Efekt końcowy przypomina kolejną odsłonę serii Transformers, do którego jest dołączony tylko jeden przycisk: “Like”.

 

Może i ja jestem po prostu staroświecki? Przecież nowoczesna technologia ułatwia tworzenie i daje możliwości, o których ludzie mogli tylko pomarzyć. W dobie Internetu błyskawicznie rozwijają się wspaniałe pomysły, które kiedyś były nie do zrealizowania. A na dodatek podoba mi się sztuka nowoczesna. W takim razie w czym problem? Skoro wspomniałem o sztuce nowoczesnej, rozważmy to na przykładzie malarstwa abstrakcyjnego. Przez ostatnie dziesięciolecia kierunek ten przechodzi niebywały rozwój. Ale jak odróżnić w nim artyzm od kiczu? Jak ocenić, co w tym malarstwie naprawdę jest sztuką? Nieraz odnoszę wrażenie, że zwyczajnie padam ofiarą oszustwa. Patrzę na obraz, w którym nie widać ani kunsztu, ani warsztatu, ale na wernisażu autor opowiada historię złotej ciżemki w takim stylu, że biedny człowiek zaczyna się zastanawiać: “Może coś w tym jest…?”. To samo można zaobserwować we wszystkich dziedzinach sztuki, a to udawanie jest jak profile na Instagramie: puste niczym wielkanocne wydmuszki.

 

Co to wszystko ma wspólnego z biżuterią? Otóż lekiem na masową produkcję bezwartościowych, zimnych wzorów, których celem jest zaspokajanie czyjejś chciwości jest klasyka. I nie mam tu na myśli tworzenia biżuterii w stylu retro – chodzi o sposób myślenia, zastanowienie się, skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy, zamiast żyć dewizą: “Jedzmy i pijmy [najlepiej cudzym kosztem], bo jutro pomrzemy”. To właśnie klasyka, czyli dziedzictwo poprzednich pokoleń, jest źródłem ogromnej wiedzy i inspiracji. Umiejętność przekucia tego dorobku w nową jakość dla dobra innych świadczy o kunszcie i wysokiej kulturze artystycznej. To troszkę jak z muzyką klasyczną. Najpiękniejsze i najbardziej złożone kompozycje, z których czerpią inspiracje całe pokolenia, pochodzą właśnie z klasyki. Jej wartość jest niepodważalna. Pomijanie tego fundamentu jest jak budowanie domu na piasku – w najlepszym wypadku nietrwałe. Z biżuterią jest identycznie, bo zasady są te same. Wystarczy się przyjrzeć, jak wyglądają wyroby, w które oprawia się najdroższe brylanty. Za 100, 200 lat nie stracą nic na swoim wyglądzie. Dlaczego? Ponieważ klasyka jest nieśmiertelna.

Jak wyceniane są kamienie szlachetne?

Każdemu, kto choć odrobinę interesuje się biżuterią, wartość kamieni szlachetnych kojarzy się z takimi parametrami, jak waga, średnica, czystość, barwa i szlif. Dwie pierwsze wartości wydają się mieć oczywisty wpływ na cenę. Przy pozostałych czynnikach sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

 

Czystość zależy od klarowności minerału. Zanieczyszczenia kryształu mogą mieć naturę chemiczną lub mechaniczną, a każda niedoskonałość, choćby nawet widoczna dopiero przy 10x powiększeniu, potencjalnie obniża wartość klejnotu. Obecnie czystość większości kamieni szlachetnych opisuje się za pomocą skali stosowanej do diamentów, opracowanej przez GIA.

 

Mogłoby się wydawać, że kwestia koloru w kamieniach szlachetnych to sprawa gustu. Nic bardziej mylnego. Na przykład rubiny występują przeważnie w barwie różowawo-czerwonej lub buraczkowej. O ile nie są sztucznie modyfikowane, osiągają dość wysokie ceny. Jednakże w wypadku birmańskich rubinów w odcieniach krwisto-czerwonych ceny potrafią być wręcz niebotyczne. Barwa minerału ma znaczący wpływ na cenę ze względu na nasycenie i rzadkość występowania. Jak ustalić, który kolor jest najbardziej pożądany? Niestety, każdy rodzaj kamieni szlachetnych ma swój własny wyznacznik.

 

Szlif i proporcje to kolejny czynnik wpływający na wartość kamienia. Prawidłowo oszlifowany kamień odbija światło jak lustro, eksponując wszystkie jego walory. Niestety, szlifierze przeważnie pracują pod naciskiem, aby obrabiać kamienie w taki sposób, aby zachować jak najwyższą wagę, nieraz kosztem proporcji i brylancji. Pod wpływem takich działań ciężko znaleźć klejnoty oszlifowane na najwyższym poziomie – a jeśli się uda, to takie okazy osiągają zawrotne ceny.

 

Jak w takim razie oceniać wyżej wymienione czynniki decydujące ostatecznie o wartości kamienia? O ile masa i wymiary nie są trudne do zweryfikowania, to umiejętność rozpoznawania czystości, barwy i szlifu wymaga wyszkolonego oka i specjalistycznego sprzętu. W związku z tym przeważnie bazuje się na certyfikatach wystawianych przez profesjonalistów. Jednakże rzadko kiedy certyfikat zawiera informację, mającą największy wpływ na wszystkie parametry minerału, zwłaszcza przy kamieniach kolorowych. Chodzi o pochodzenie klejnotu.

 

Na przykład powszechnym zjawiskiem jest to, że najwyższej klasy kamienie szlachetne danego typu pochodzą tylko z jednego miejsca na Ziemi. Niejednokrotnie nawet z jednej, konkretnej kopalni, gdzie panowały najbardziej sprzyjające warunki geologiczne. Jak na ironię takie miejsca znajdujące się na przykład w Birmie, Kolumbii, Tajlandii czy Kambodży, gdzie wydobywa się światowej klasy minerały są albo objęte działaniami zbrojnymi, albo są tak oddalone od cywilizacji, że ekstremalne czynniki klimatyczne oraz odległości stawiają ogromne wyzwania pod względem logistycznym.

 

Zawsze zaczyna się od grupki desperatów, którzy gotowi są położyć na szali swoje życie, aby dorobić się fortuny. Oczywiście większości się nie udaje, ale jeśli widzieliśmy kiedykolwiek choć jeden odcinek programu Ice Road Truckers na kanale History, to możemy dowiedzieć się, gdzie transportuje się wielotonowy sprzęt po tafli zamarzniętych jezior z kontynentalnych USA, aż na Alaskę – właśnie do kopalni diamentów. Jakoś ten biznes musi się opłacać. Recepta jest prosta: koszt wydobycia i pochodzenie dolicza się do ceny kamienia. Z kolei tam, gdzie prowadzone są działania wojenne, trzeba doliczyć koszt przemytu i obejście embarga nałożonego przez państwa niepopierające którejś ze stron konfliktu.

 

Nieraz ktoś może uważać, że kamienie szlachetne są zbyt wysoko wyceniane. Warto się wtedy zastanowić nad drogą, jaką każdy taki kamień musi przejść od powstania dziesiątki tysięcy lat temu do znalezienia go przez poszukiwacza głęboko pod ziemią. Od wydobycia go – do oszlifowania i wystawienia na sprzedaż. W końcu od podróży przez pół świata do pracowni jubilerskiej, gdzie zostaje delikatnie oprawiony w drogocenne złoto. W każdym wypadku kamień szlachetny stanowi zwieńczenie wyjątkowej, długiej historii, która ostatecznie ma swoją cenę.

Czy warto inwestować w biżuterię?

Do tej pory wiele osób w Polsce kupowało drogą biżuterię dwa razy w życiu: kiedy się zaręczały i kiedy się żeniły. W pozostałych wypadkach, takich jak rocznice czy inne okazje, wystarczała srebrna zawieszka w zgrabnym pudełku, nabyta w którymś z salonów jubilerskich. Ostatnio widać jednak zmianę. Coraz więcej ludzi gromadzi oszczędności i szuka korzystnych inwestycji.

 

Oczywiście prawdą jest, że w dzisiejszej rzeczywistości musimy nieraz dawać pierwszeństwo ważniejszym sprawom. Zarobki w stosunku do kosztów życia są w Polsce co najmniej 3 razy niższe niż w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Z drugiej strony jednak, gdy chcemy zainwestować pieniądze w coś drogiego, znacznie łatwiej przychodzi przeznaczyć sporą sumę na nowy telewizor lub komputer niż na biżuterię. Niejeden mógłby powiedzieć: „Oczywiście! Przecież zakup biżuterii to luksus, a nie coś niezbędnego”. Co jednak powiedzieć o realnej wartości kupionego elektronicznego gadżetu? Dobrze wiemy, że w dzisiejszym świecie coś, co teraz jest nowością, jutro stanie się reliktem minionej epoki. Tak więc nasz komputer po kilku latach będzie wart ułamek wydanej początkowo sumy.

 

Tymczasem biżuteria, w przeciwieństwie do elektroniki czy ubrań, jest połączeniem formy użytkowej z lokacyjną. Nie podlega ona znoszeniu, niszczeniu i jest ponadczasowa. Klejnoty, które projektuję dla moich klientów, po kilkudziesięciu, a nawet kilkuset latach, będą wyglądać tak samo dobrze. Skąd ta pewność? Warto wyciągnąć wnioski z historii. To właśnie złoto stanowi spuściznę po starożytnych kulturach, a wyroby sprzed tysięcy lat nadal mogłyby spełniać swoją funkcję użytkową. Można powiedzieć, że zainwestowane środki przetrwały inwestorów! Ponieważ takie antyki są bezcenne, trafiają do muzeów, gdzie nadal podziwiamy ich blask.

 

Chyba każdy z nas chciałby w jakiś sposób zapewnić sobie bezpieczną lokatę na przyszłość. Prawdą jest, że są różne sposoby inwestowania pieniędzy, o czym dobrze wiedzą czytelnicy blogów ekonomicznych. Jednakże dobry inwestor korzysta przeważnie z kilku dostępnych opcji, co zwiększa jego szanse powodzenia i przyczynia się do zmniejszenia ryzyka inwestycyjnego. Ale czy inwestycje w biżuterię są bezpieczne?

 

Oczywiście zdarzały się w historii takie sytuacje, że cena złota spadała. Jednakże z czasem wracała do normy lub szła w górę. Dlaczego? Ponieważ złota nie da się dodrukować. Nie da się go w nadprzyrodzony sposób więcej wydobyć ani wyprodukować. Dotarłem kiedyś do opracowania naukowego sprzed parunastu lat, w którym oszacowano, że gdyby stopić złoto z całego świata w jedną kostkę, to zajmowałoby powierzchnię 20m3. Złota na ziemi jest po prostu stosunkowo mało i ze względu na swoje szlachetne właściwości zawsze będzie ono w cenie. Jeśli do tego doliczymy oprawione w nim, jeszcze rzadsze kamienie szlachetne, a całość będzie stanowić niepowtarzalny wyrób wykonany ręcznie, to mamy do czynienia z czymś wyjątkowym i wartościowym i to nie tylko na metce sklepowej. Jak osiągnąć ten rezultat?

 

Przed zakupem dobrze jest skorzystać z rady specjalisty i unikać sieciówek z galerii handlowych, które narzucają absurdalne wręcz marże. Może się okazać, że ręczne wykonanie niepowtarzalnego wyrobu z naturalnymi kamieniami wysokiej klasy, u lokalnego jubilera będzie kosztować mniej, niż masówka z „biżuteryjnego Tesco”. Jak to możliwe? Zamiast płacić za bajecznie drogi lokal w galerii handlowej i inwestować w drogie lady i kilowaty oświetlenia, prawdziwy jubiler skupia się na kliencie i jego potrzebach. Klient nie jest tu zmuszony do wybierania wzoru z katalogu, zawierającego kakofonię tak samo wyglądających produktów. Profesjonalny jubiler najpierw porozmawia z klientem. Pozna jego osobowość, gust i zamiłowania. Następnie zaprojektuje niepowtarzalny wyrób w oparciu o sugestie zleceniodawcy. Tak wykonaną biżuterię inwestycyjną można z przyjemnością nosić, a w razie potrzeby potraktować jako lokatę kapitału.

Czym są karaty?

Kiedy zastanawiamy się nad zakupem biżuterii, w pierwszym momencie skupiamy się na kształcie, kolorach oraz użytym materiale. Jednakże po chwili przyglądamy się bardziej szczegółowym parametrom. I tu pojawiają się tajemnicze karaty. Czym one są i jak mogą pomóc nam w ocenie danego wyrobu?

 

Karat stanowi jednostkę masy określającą wagę kamieni szlachetnych i pereł. Międzynarodowym symbolem tej jednostki jest 1 ct. Nazwa karat pochodzi od francuskiego słowa “karaton” oznaczającego owoc karoby, inaczej drzewa świętojańskiego. Ziarna tej rośliny od stuleci były używane na Bliskim Wschodzie do określania masy kamieni szlachetnych. Ponieważ ważyły one ok 0.2 g przyjęto, że 1 ct = 0.2 g. Prawidłowo oszlifowany brylant, o masie 1 ct, ma średnicę ok 6.3 mm.

 

Co ciekawe jednostki tej używa się także do określania czystości złota. Jednakże w tym wypadku symbolem jest 1K, natomiast karat nie oznacza wagi, lecz stosunek ilości złota do innych metali zawartych w stopie. Przyjęto, że czyste złoto ma 24 karaty, co oznacza, że na 24 części stopu 24 z nich stanowi złoto. Tak więc na przykład w złocie 14k szlachetny kruszec stanowi 14/24 stopu.

 

W Polsce stosuje się procentowe przeliczanie próby. Złoto 14K zawiera 58,5 % cennego kruszcu, stąd polskie oznaczenie tego stopu to 585. Poniżej zamieściłem praktyczne zestawienie prób z wyróżnieniem najpopularniejszych stopów:

 

24-karatowe – próba 999 – 99.9% AU
22-karatowe – próba 960 – 96.0% AU
18-karatowe – próba 750 – 75.0% AU
14-karatowe – próba 585 – 58.5% AU
12-karatowe – próba 500 – 50.0% AU
10-karatowe – próba 417 – 41.7% AU
9-karatowe – próba 375 – 37.5% AU
8-karatowe – próba 333 – 33.3% AU

Tanzanit czy szafir?

Na rynku pojawiło się sporo biżuterii z kamieniami o egzotycznie brzmiących nazwach. Jednym z nich jest tanzanit będący odmianą zoisytu. Minerał ten został odkryty w 1967 r. przez hinduskiego poszukiwacza kamieni szlachetnych Manuela de Souza w Tanzanii, w rejonie góry Kilimandżaro. Jego nazwę handlową nadała mu firma jubilerska Tiffany & Co z Nowego Jorku, a wypromowała go amerykańska aktorka Elizabeth Taylor.

 

Tanzanit jest ceniony za swoją fioletowo-niebieską barwę i na początku był nawet mylony z szafirem. Dzisiaj klienci nieraz stają przed dylematem co wybrać: tanzanit czy szafir?
Prawdą jest to, że każdy naturalny kamień szlachetny o wysokich parametrach będzie osiągał wysoką cenę, niezależnie od nazwy. Aby to obejść sklepy jubilerskie stosują niskiej jakości kamienie skupiając się na chwytliwych nazwach i niewiedzy klientów. W takiej sytuacji trudno jednoznacznie ocenić który kamień jest wart więcej. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że szafir ma jedną, zasadniczą przewagę nad tanzanitem. W tzw. skali Mohsa (od 1 do 10, gdzie twardość 10 ma diament, a 1 – talk) tanzanit ma twardość między 6 a 7. Co to oznacza w praktyce?

 

Z pewnością każdy z nas słyszał takie określenie jak szkło szafirowe. Jest to po prostu syntetyczny szafir, który docina się do odpowiednich wymiarów, a następnie osadza np. w zegarkach. Zarówno szafir syntetyczny jak i naturalny ma twardość 9. A zatem jest znacznie twardszy od tanzanitu, który można przyrównać do szkła mineralnego. Podczas codziennego użytkowania znacznie łatwiej zarysować szkło mineralne, o czym przekonałem się, gdy kupiłem sobie ładny zegarek, który dzisiaj leży gdzieś w szufladzie, ponieważ szkło dość mocno się porysowało od codziennego użytkowania. Mój następny zegarek był już ze szkłem szafirowym, które można zarysować tylko innym szafirem lub diamentem (najtwardszym w skali) i do dzisiaj jego tafla jest bez skazy.

 

Jak to się przekłada na biżuterię? Jeśli kupujemy wyrób, który ma posłużyć przez lata, lub nawet z pokolenia na pokolenie, warto zainwestować w jak najtrwalsze surowce, które przetrzymają próbę czasu. Szafir jest jednym z takich minerałów. Jeśli decydujemy się na tanzanit, najlepiej oprawić go w naszyjniku lub kolczykach, ponieważ nie są tak narażone na zużycie jak pierścionek, który nosi się na co dzień.

Jak to jest z tymi diamentami?

Kiedyś aby się pobrać wystarczyło wyznać sobie miłość. I po sprawie! Dzisiaj sytuacja się nieco skomplikowała. Wszystko dzięki prawdopodobnie najlepszej kampanii reklamowej w dziejach, która została przeprowadzona w 1938 r. przez korporację De Beers, zajmującą się wydobyciem i sprzedażą diamentów. Plan był prosty: należało wmówić ludziom, że jedynym sposobem, aby mężczyzna wyznał kobiecie miłość jest podarowanie jej pierścionka z ogromnym diamentem. Reklama była tak skuteczna, że dzisiaj zakup pierścionka zaręczynowego nie jest kwestią wyboru. To absolutna konieczność.

 

Z drugiej strony logiczny się wydaje fakt, że komuś kogo kochamy, chcemy podarować coś najcenniejszego. Niestety ten aspekt również podchwyciła firma De Beers i wymyśliła slogan, że diamenty są wieczne. Chodziło o powstrzymanie ludzi od odsprzedawania swoich diamentów aby utrzymać cenę rynkową. Z przykrością trzeba jednak stwierdzić, że z tą wiecznością i wartościowością jest różnie, o czym mógł się przekonać każdy, kto kupił diament inwestycyjny, a potem chciał go odsprzedać – najlepiej z zyskiem. Szanse na to są znikome. Należałoby też wspomnieć wątek z filmu “Krwawy diament” gdzie na końcu [uwaga spojler] po przejściu całej drogi przez mękę, nielegalnie pozyskany diament zostaje ukryty w sejfie w Londynie, wśród stosów innych “rzadkich” diamentów, które trafiły tam po to, aby przypadkiem nie spadła cena rynkowa. Wniosek? diamenty nie są wcale takie rzadkie jak by się wydawało.

 

Biorąc to wszystko pod uwagę wiele osób rezygnuje w ogóle z diamentów lub decyduje się na nie tylko jako uzupełnienie dla kamieni kolorowych takich jak szafiry, rubiny czy inne kamienie szlachetne, które są znacznie rzadsze od diamentów. No właśnie – znalezienie białych brylantów nigdy nie było problemem. Każdy rozmiar, czystość i kształt są w zasięgu ręki. Wystarczy jeden email do Antwerpii lub Nowego Jorku. Ale z kamieniami kolorowymi jest zupełnie inaczej. Nieraz znalezienie odpowiedniego klejnotu trwa miesiącami, a i cenowo potrafią znacznie przewyższać diamenty.

 

Czy powyższe zestawienie faktów powinno ostudzić zapał do zakupu tych kamieni? Jak to właściwie jest z tymi diamentami? Z pewnością artykuł ten ma skłonić do zastanowienia. Warto być wybrednym i spytać o poradę specjalisty przed dokonaniem zakupu. Nie ulega wątpliwości, że diamenty są piękne. Na przykład gdy poszedłem kiedyś na koncert śpiewaczki operowej Julii Lezhnevy to jestem pewien, że nic nie dałoby większego blasku niż jej kolczyki z 5-karatowymi diamentami. Z drugiej strony pozostaje jednak kwestia rzeczywistej wartości, którą ostatecznie każdy musi ocenić sam.